Dzikie Pola.

Rosja drewniana, gdzie trojka mknie po skrzypiącym śniegu, dzwonki w uprzęży się wdzięczą do świata i para bucha z końskich nozdrzy. Pęd! Zostają w dali strzechą kryte chatki, gdzie dym z kominów się nisko ściele. Tam babuszki zakutane w chusty i walonki popatrzą ci prosto w oczy, one już wszystko wiedzą, tam cyrylica pisane życie jest tak przenikliwe jak smutne oczy pozłacanej ikony. Tam Ruś cerkiewna, gdzie wilki i zaspy i białe brzozy, gdzie watażka się śmieje w glos, czapka w ręku, koń w galopie, tryska śnieg spod kopyt, płatki wirują i skrzą się w słońcu tak samo jak podwieczorny mróz na małych szybkach zadymionej karczmy, gdzie ochryple glosy wtórują gitarze w jeszcze jednej tęsknej balladzie, gitara i bałałajka, mocna wódka i czarna noc, niespokojne marzenia i poezja tak tajemnicza jak uśmiech tamtej dziewczyny... Ech raz, jeszczio raz !
Stąd już tylko jeden krok na Dzikie Pola, tam życia się zaczynają i kończą. Tam się rodzą marzenia i płoną jak te pochodnie na silnym wietrze - pal się, płomieniu! pal się gorąco! dopóki ci starczy sił i wiary w nieśmiertelność! A potem długo w noc żar się będzie jeszcze tlił, aż całkiem zgaśnie nad ranem, jeszcze nie tak dawno tak czerwony jak krew, teraz tylko brudny popiół - na białym śniegu. Śnieżynki znów zawirują i miękko nań opadną. Praszczaj, matuszku, praszczaj...
Przyjdzie dzień tak samo jak przyjdzie wiosna, śniegi stopnieją po polach. Młoda, zielona trawa wypuści korzenie, popiół ja pożywi i pobłogosławi, doda sil i otuchy, topniejący śnieg upoi.
Na Dzikich Polach wśród trawy, na ugorze marzeń i wiary - znów bujnie wyrośnie oset.

Ech raz, jeszczio raz !

Wstecz